Reklama

Śmierć wyspy

Śmierć wyspy

25.10.2015
Granice między organizmem a jego otoczeniem okazują się nieostre. Jesteśmy jednością z rojem jednokomórkowych stworzeń. Ich życie to nasze życie.
„W ciepłym, żyznym środowisku kolonia tętni życiem” (symulacja komputerowa). Fot. Federation of American Societies for Experimental Biology (FASEB)
J

Jeden z dziesięciu wielokilometrowych cyplów wyspy. Na rozległym, miękkim płaskowyżu odznaczają się koliste zagłębienia o średnicy około 200 metrów. Z dna każdego wystrzelają ku niebu wysokie na kilometr, połyskujące, zwężające się ku górze pnie. Każdy o średnicy około 100 metrów przy podstawie.

Na dnie zagłębienia, przytulone do nasady pnia, spoczywają niedbale malasezje – trzymetrowe, odrobinę lepkie stworzenia w kształcie gruszek. Jedne leżą samotnie, inne w niewielkich grupkach. Pomiędzy malasezjami krążą różne pomniejsze istotki: promieniowce, maczugowce czy aerokoki. Razem tworzą żywy, bogaty ekosystem. W oddali stąpa nużeniec: gigant rozmiarów dinozaura, poszukujący spokojnego miejsca, w którym mógłby wkręcić się w podłoże i niespiesznie gryźć grunt. Trwa leniwa wymiana informacji genetycznej i chemicznej.

Nadchodzi czas na posiłek dla małej społeczności zagłębienia: z wąskiej szczeliny otaczającej nasadę pnia wypływa gęsta, aromatyczna, oleista substancja. Malasezje podpełzają do źródełka i wchłaniają pokarm całą powierzchnią ciała. Wokół zaczyna się roić od stworzeń. Wiele z nich pęcznieje i rozdwaja się. Pokarm to energia, energia to szansa na reprodukcję. W ciepłym, żyznym środowisku kolonia tętni życiem. Ktoś kogoś zjada, ktoś komuś truje, ktoś dzieli się z kimś najnowszą genetyczną plotką – sposobem na walkę z szalejącą w sąsiednim zagłębieniu infekcją wirusową. Mija kolejny dzień życia.

Pewnego dnia dzieje się jednak coś dziwnego: oleisty pokarm nie płynie, a temperatura gruntu niepokojąco spada. Początkowo w kolonii zapada po prostu bezruch – życie na wyspie uczy cierpliwości. Jednak już po dwunastu godzinach niektóre malasezje zaczynają nadjadać własne chitynowe otoczki, aby zabić głód. Z każdą godziną sytuacja robi się poważniejsza. Wilgotne i ciepłe środowisko życia z każdą godziną zamienia się w zimny, suchy grobowiec.

Metabolizm spada, nikt nie oddaje się już rui i porubstwu. Rozpoczyna się walka o przetrwanie. Wydzielane są coraz większe ilości enzymów, za sprawą których kuliste istotki odchudzane są z kolejnych warstw chitynowych pancerzy i kolejnych schowanych pod nimi organów. W końcu również i z tych niezbędnych do życia. Niektóre osobniki uruchamiają program apoptozy, czyli zaprogramowanej śmierci – ich ciała, zamienione teraz w zwiędłe, kruche woreczki wypełnione częściowo strawionymi substancjami organicznymi, wyżywią przez jakiś czas okoliczne osobniki.

Po dwóch dniach od pierwszych oznak ochłodzenia żyją już tylko nieliczne populacje, po czterech nie ma już śladu po tętniącej życiem kolonii. Jest tylko grupka ledwo żywych istot, bądź miotających się po zagłębieniu w poszukiwaniu pokarmu, bądź podejmujących heroiczną wyprawę na płaskowyż.
To samo dzieje się na całym półwyspie, na którym są tysiące takich zagłębień. Plotki chemiczne szybko się rozchodzą, wzmagając panikę. Ale nikt nie wie, że ginie cała wyspa.

W końcu złożona sieć wzajemnych powiązań upada. Większość stworzeń umiera, inne popadają w stan podobny do śpiączki, licząc na to, że warunki kiedyś się poprawią, a ze szczelin znów popłynie pokarm. Na płaskowyżu zapada cisza.
 

Umarł, niech żyje
Powyższa historia zdarza się codziennie. Gdyby bakteria była wielkości człowieka, to ciało ludzkie byłoby wielkości Madagaskaru, a najdrobniejsze włoski stanowiłyby kilometrowej wysokości pnie na miękkim płaskowyżu skóry. Malassezia to rodzaj jednokomórkowych grzybów występujących naturalnie na ciele ludzi. Żywią się produkowanymi przez skórę cząsteczkami tłuszczu, dzięki którym jest ona dobrze nawilżona i impregnowana. Kolonie tych organizmów występują więc szczególnie obficie u nasady włosów, w pobliżu ujścia gruczołów łojowych. Nie wywołują one żadnych szkodliwych reakcji w organizmie człowieka, jeśli tylko nie zostanie zaburzona równowaga ekologiczna, a malasezje nie rozmnożą się nadmiernie.

Jest to jeden z tysięcy gatunków składających się na naszą florę fizjologiczną – złożony, bujny ekosystem, uzależniony pokarmowo od naszych ciał. W większości przypadków są to organizmy nieszkodliwe, bywają przydatne, a w niektórych przypadkach są wręcz niezbędne do przetrwania. Jesteśmy jednością z tym rojem jednokomórkowych stworzeń, a na każdą komórkę naszego ciała przypada dziewięć komórek mikroorganizmów. Ich życie to nasze życie. Nasza śmierć to ich śmierć.
Upadek skórnego ekosystemu to jednak tylko część całej historii. W tym samym czasie, gdy przez społeczność żyjących na skórze mikroorganizmów przechodzi pierwsza fala niepokoju, w głębi ciała zaczyna się rewolucja.

Komórki układu odpornościowego zamierają, co pozwala na niemal nieograniczony rozwój miliardów bakterii zaludniających nasze wnętrze: układ pokarmowy, płuca czy wewnętrzną stronę powiek. Rozpoczyna się więc mikrobiologiczna orgia, która trwa, aż tempo wzrostu populacji bakteryjnych osiąga poziom niemal samobójczy – środowisko dosłownie zalane jest radośnie mnożącymi się mikroorganizmami.

Dalsze etapy tej niezwykłej przemiany ekologicznej zależą przede wszystkim od losów ciała zmarłego. Współczesne techniki balsamowania zwłok sprawiają, że proces ten zostaje przerwany w zarodku. Ten rodzaj pochówku znacząco opóźnia czas włączenia się materii ludzkiego ciała do krwiobiegu przyrody, co np. kultura starożytnego Egiptu uznawała za poważne wyzwanie. Starożytni Egipcjanie tak zazdrośnie strzegli ciał faraonów, że po balsamowaniu i starannym złożeniu w sarkofagu obudowywali je milionami ton kamienia.

Dzięki tej przezorności goście odwiedzający Muzeum Egipskie w Kairze mogą jeszcze dziś nachylić się nad dobrze oświetloną szklaną gablotą i podziwiać niemal nienaruszone tkanki Ramzesa II pogrążonego w wiecznym odpoczynku. Nie wszędzie tak jest. Tybetańczycy praktykują tzw. pogrzeb powietrzny (dżhator), w trakcie którego ciało zmarłego zostaje rozdzielone – przez uzbrojonego w rytualny nóż grabarza – pomiędzy ochoczo zlatujące się ptaki drapieżne. Po niedługim czasie ciało zmarłego ulatuje do nieba.

W warunkach naturalnych opisana wyżej eksplozja populacji bakteryjnych to natomiast ledwie preludium do wyrafinowanego, świetnie zsynchronizowanego tańca. Z każdą godziną, przez wiele dni, zachodzą kolejne etapy coraz lepiej poznawanej sukcesji ekologicznej, w którą włączają się ostatecznie wszyscy przedstawiciele wielkiego Drzewa Życia. Badania tego procesu mają wielkie znaczenie dla medycyny sądowej, jednak z punktu widzenia biologicznego jest to przede wszystkim stopniowy powrót biomasy ludzkiej do środowiska.

We współczesnej kulturze Zachodu istnieją ruchy społeczne zmagające się z potężnym społecznym tabu i walczące o przerwanie bariery powrotu ludzkiego ciała do przyrody, którą jest współczesny pochówek. Niektóre europejskie i amerykańskie domy pogrzebowe oferują „pochówek” zwany resomacją, polegający na upłynnieniu ciała do postaci cieczy bogatej w proste związki chemiczne, jak sole, cukry i aminokwasy, którą można bezpiecznie uwolnić do środowiska, np. wtryskując w glebę. Proces ten jest już legalną formą pochówku w siedmiu stanach USA.

Niesmaczne? Nie dla miliardów żyjących w tej glebie stworzeń, dla których jest to ekwiwalent manny z nieba.
 

Życie poszerzone o śmierć
Trwają w świecie biologii teoretycznej dyskusje na temat tego, czym w zasadzie jest życie. Jedni proponują definicją prowadzącą wzrok „w dół”: organizm żywy miałby być konstytuowany przez szereg przemian chemicznych, organizowanych dzięki informacji zawartej w DNA, które prowadzą do pozyskania i odpowiedniego wykorzystania energii ze środowiska. Inni zwracają uwagę na fakt, że organizm żywy stanowi „komórkę” w pojedynczym organizmie biosfery, pełniąc w nim w zasadzie funkcję przenośnika energii. Zgodnie z tym myśleniem, prowadzącym wzrok „w górę”, pojęcie organizmu nie ma sensu bez kontekstu całości przyrody ożywionej.

To jednak tylko drobne kroczki konceptualne. Prawdziwą rewolucją jest rezygnacja z pojęcia organizmu. Granice pomiędzy organizmem a jego otoczeniem okazują się płynne. O tym, że żyjące w naszym układzie pokarmowym bakterie wykonują za nas część procesów trawienia, wiadomo od lat. Dopiero od niedawna wiemy natomiast, że żyjące na naszej skórze nieszkodliwe bakterie można traktować jako przedłużenie naszego układu odpornościowego, ponieważ w ich najlepszym interesie jest niedopuszczenie do rozmnożenia się innych gatunków bakterii, w tym bakterii dla nas szkodliwych.

Istnieją poważne dowody wskazujące, że zubożenie naszej flory bakteryjnej zwiększa ryzyko infekcji. Stosowanie mydła antybakteryjnego byłoby – w ramach tego, wciąż nieco spekulatywnego, podejścia – równoznaczne zabijaniu komórek własnego układu odpornościowego.

Drugą częścią tej rewolucji jest zacieranie się naszej tożsamości genetycznej. Wiemy od lat, że niespokrewnione ze sobą blisko bakterie intensywnie wymieniają się informacjami genetycznymi także poza procesem rozmnażania się. Robią to za pośrednictwem tzw. plazmidów: małych fragmentów DNA zawierających np. „przepis” na antybiotyk. Ekosystem składający się z setek różnych gatunków bakterii, jak choćby ten występujący na zdrowej płytce zęba ludzkiego, jest więc w pewnym sensie genetyczną jednością, pojedynczym superorganizmem.

Co więcej: wiemy dziś, że nawet nasz genom upstrzony jest „obcymi” fragmentami genetycznymi, a infekcja wirusowa może pozostawić w nas ślad na całe życie. Ślad, który przekażemy również potomstwu.

Ostatnią kwestią jest trudność w odróżnieniu materii ożywionej od nieożywionej. Ubranie jest dla mieszkańców Dalekiej Północy tak istotne, że osobnik pozbawiony go umrze z zimna – zupełnie jak pozbawiony futra niedźwiedź polarny. Czy to naprawdę istotne, że niedźwiedź produkuje swoje futro w komórkach skóry, uzyskując potrzebny materiał budulcowy ze zjedzonego pstrąga, a Inuici wytwarzają je rękami, uzyskując materiał z upolowanego karibu? Niektóre otwornice oceaniczne budują swój pancerz z ziarenek piasku znalezionych na morskim dnie.

Natura nie przejmuje się konwenansami. Ba, u niektórych organizmów osobniki martwe pełnią funkcje strukturalne dla całej kolonii. Jednokomórkowe śluzorośla, spędzające większość życia jako niezależne od siebie ameby, rozmnażają się, tworząc owocniki składające się z tysięcy osobników. Ameby składające się na „trzonek” owocnika tuż po zajęciu ustalonego miejsca umierają; komórki tworzące szczytową część osobnika spoczywają więc na ciałach swych towarzyszy. Podział materii na „ożywioną” i „nieożywioną” to wyłącznie dogodna konwencja.

Biologia odarta z pojęcia dobrze wyodrębnionego organizmu mówiłaby więc nie o życiu (i śmierci) konkretnej istoty, lecz raczej o pojedynczym procesie biologicznym. Poszczególne gatunki czy osobniki, a także pojęcia życia i śmierci są tylko aspektami tego pojedynczego, globalnego procesu.

Jean-Paul Sartre mówił, że życie jest niedorzecznym przypadkiem – nieco dziwnym, dość kłopotliwym i przerażającym wygranym kuponem totolotka, który ktoś wbrew naszej woli wepchnął nam do kieszeni, i z którym musimy radzić sobie zupełnie sami. W teologii chrześcijańskiej mówi się o życiu jako o darze od Boga, czasem wymienia się w tym kontekście pochodzące skądinąd pojęcie „łaski darmo danej” (gratia gratis data). Jak by na to nie patrzeć, jest ono przedziwną pożyczką, którą trzeba będzie kiedyś sumiennie zwrócić.

Nasze życie wcale nie jest „nasze”. Nie jest ani trochę bardziej „nasze” niż atomy, z których jesteśmy zbudowani, i powietrze, którym oddychamy. Śmierć wyspy jest śmiercią miliarda stworzeń i życiem dla miliarda kolejnych. Nie stworzyliśmy tego procesu, nie rozumiemy jego znaczenia. I nie jesteśmy jedynymi zainteresowanymi w sprawie jego przebiegu.

Pożyczyliśmy swoje życie i nie będzie to nasza śmierć. ©

Autor jest filozofem przyrody i popularyzatorem nauki, specjalizuje się w kosmologii, astrofizyce oraz związanych z nimi zagadnieniach filozoficznych. Członek Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych, redaktor działu naukowego „TP”.

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Komentarze

"Biologia odarta z pojęcia dobrze wyodrębnionego organizmu mówiłaby więc nie o życiu (i śmierci) konkretnej istoty, lecz raczej o pojedynczym procesie biologicznym. Poszczególne gatunki czy osobniki, a także pojęcia życia i śmierci są tylko aspektami tego pojedynczego, globalnego procesu." Ciekawe, jak w tym kontekście sytuuje się dyskusja o aborcji? Jeśli granice między organizmami są nieostre, to czym jest przerwanie ciąży?

Przerwaniem procesu.

Czy każdy proces jest święty i nie wolno go przerywać, czy jednak nie? To wydaje się proste tylko na pierwszy rzut oka. Np. nowotwór to też proces - nasza krew z krwi i kość z kości.

Żaden proces nie jest święty. Mało tego - ci, którzy tę "świętość" przypisują zapłodnionej komórce jajowej zdają się zupełnie ignorować fakt, że przecież i plemnik, i jajo same w sobie też są ludzkie i też żywe - a jednak nie otrzymały od Strażników Jedynej Prawdy certyfikatu "świętości". Mnie to wygląda na jakiś paranoidalny kult zapłodnienia - bo według głosicieli tej teorii nadzwyczajnej i wyjątkowej "świętości" ludzkiego życia, dopiero w momencie zapłodnienia jakowaś bliżej niezdefiniowana łaska spływa na te biedne, szamocące się pod dyktando genów komóreczki. Mało tego, jest to kult zapłodnienia wyłącznie podczas stosunku płciowego, po wytrysku w pochwie kobiety - wszak nie inaczej należy interpretować owe wojny o in vitro czy prezerwatywy toczone przez Kościół z maniakalnym uporem od dziesięcioleci. Trudno tej oczywistej katolickiej aberracji nie tłumaczyć po freudowsku stłamszoną przez celibat seksualnością i tegoż celibatu w poczuciu grzechu notorycznym gwałceniem.

Dość daleko posunięta interpretacja motywów "katolickiej aberracji". Osobiście uważam, że życie człowieka to proces od zapłodnienia do śmierci (jakakolwiek by ona była). Uważam też, że śmierci nie należy w żaden sposób ani w żadnym momencie umyślnie sprowadzać. Nie będę się w tym miejscu powoływał na nauczanie Kościoła; to jest moje przekonanie.

Z pewnością daleko od oficjalnej interpretacji katolickiej. Za to dosyć blisko zdrowego rozsądku. +++ A propos "moje przekonanie" - to ciekawy temat. Otóż nie biorą się moje/twoje/nasze przekonania z niczego, nie wpadają ni stąd, ni zowąd do naszych głów. Jest oczywiste, że są pochodną historii naszego wychowania i wykształcenia, że na ich kształt decydujący wpływ miały wpływy otoczenia i środowiska, w jakich się kształtowaliśmy /choć w niektórych aspektach także i geny/. Rodzice, nauczyciele, katecheci, religia, tradycja, kultura, historia, obyczaje, prawo itepe - z tych obszarów pochodzą "nasze" przekonania, poglądy, wiara. Ładowane nam od dzieciństwa łopatami do głowy, nierzadko przy użyciu klapsów albo i ojcowego paska, pod groźbą wiecznego potępienia i okrutnych mąk w przypadku nieposłuszeństwa. No i mamy jak mamy - nie przypadkiem dzieci katolików wyrastają na katolików, identycznie u muzułmanów, buddystów itepe. "Moje" przekonania??... To raczej moje jarzmo cudzych przekonań. +++ Od jakiegoś czasu przy okazji rozmów na "te tematy" zadaję znajomym proste pytanie - skąd się wzięła twoja "wiara"? Zapytani zwykle szybciutko pojmują, że wierzą nie w to co chcą, ale w to, co inni chcieli by wierzyli. I że ta wiara bez ich wiedzy i przyzwolenia została w nich wtłoczona - i wtedy zazwyczaj milkną, wyraźnie nie wiedząc co począć z tym odkryciem.

Czym więc Pan został naznaczony; podług czyjej woli się Pan tu wypowiada; na podobieństwo czego jest Pan ulepiony? Łatwo się objaśnia cudze motywy i kwestionuje cudze przekonania jako świadome wybory. Ale proszę nie sprowadzać mnie do mimowolnego popychadła w trybach religii, opresyjnego wychowania czy społeczeństwa.

naznaczony?... do głowy mi nie przyszło, że mam być naznaczony; według czyjejś woli? - a skąd pewność, że jakakolwiek wola istnieje?; ulepiony na podobieństwo? a któż by miał lepić, po co, a jeśli już to czemuż podobieństwa a nie oryginały? +++ Do rzeczy. Wśród naukowców - neurologia, psychologia, badania mózgu itepe - coraz powszechniejsze i coraz lepiej udokumentowane jest przekonanie o iluzyjności zjawiska, które potocznie określa się jako wola, czasem ozdobione przymiotnikiem wolna. Determinizm zdaje się triumfować. Ja bardzo mocno skłaniam się ku takiemu rozumieniu świata i naszego miejsca w nim. Człowiek jest skazany na swój los - oto jego definicja. Mózg to podobny superkomputerowi biochemiczny układ, w którym pojedyncze molekuły związków chemicznych i sygnały elektryczne wytwarzają fenomen świadomości, samoświadomości, woli. Jest sygnał - jest obraz. Brak sygnału - obraz znika. Steruje działaniem tego mechanizmu z grubsza rzecz biorąc oprogramowanie - biologiczne, oparte głównie na genach, oraz nabyte w drodze szeroko pojętego procesu uczenia się. Jedno i drugie jest wynikiem zgodnych z prawami fizyki, chemii etc. drgań atomów, ich interakcji, przepływów energii. To świat realny, materialno-energetyczny. Tu nie ma miejsca na ponadmaterialny byt taki jak wola, który w dodatku miałby na ową materie do-wolnie i skutecznie oddziaływać. Polecam krótki acz konkretny i dobitny wykład Sama Harrisa na ten temat. +++ https://www.youtube.com/watch?v=ihXDOaKWztA +++ p.s. niestety tak - według tej bardzo racjonalnej optyki człowiek jest jak to Szanowny Pan ujmuje li tylko "mimowolnym popychadłem w trybach religii, opresyjnego wychowania czy społeczeństwa". Także genów. Pociecha jest taka, że owe religie, społeczeństwa itede same w sobie również sa rezultatem owych drgań i fal energii, a nie samoistna przyczyną jakichkolwiek zjawisk.

Podobno ciało człowiek może zasiedlać łącznie i 4kg takich istot.

Prosty sposób na odchudzenie się: zliczanie wyłącznie wagi SWOJEGO ciała. :)

Cóż, jestem zwolennikiem baaaardzo dużej ostrożności przy przechodzeniu od informacji naukowych, a nawet ich filozoficznej interpretacji, do etyki. W filozofii jest taki klasyczny dylemat, który określa się czasem jako gilotynę Hume'a, a który dotyczy wywodzenia zdań o powinności ze zdań o istnieniu. Mówiąc prościej - informacja o stanie świata miałaby być - pisał Hume i wielu innych - niewystarczającym źródłem dla podejmowania decyzji o tym, jak powinniśmy działać. W tym konkretnym przypadku nie wydaje mi się, żeby "procesualna" interpretacja biologii naprawdę rozświetliła ten czysto moralny problem, jakim jest przerwanie ciąży. Jeden z komentator napisał, że zostaje ono po prostu odczytane jako "przerwanie procesu". Ja natomiast dodam jedną uwagę: nie tak dawno pisałem na łamach "TP" o komórkach macierzystych i o stopniach "potencjalności" różnych komórek. Przypomniałem tam następujący fakt: komórka plemnika/jajowa sama z siebie nie stanie się nigdy niczym innym, jak tylko komórką plemnika/jajową, podobnie jak komórka skóry nie stanie się neuronem. Są to komórki zróżnicowane. Zygota jest w pewnym sensie pierwszą komórką macierzystą; i to od razu "super-macierzystą" (totipotencjalną). Jej potomkowie staną się komórkami ręki, mózgu i nerki. To kolejny "goły fakt", na podstawie którego można sobie wyrabiać poglądy etyczne. Ale czy mamy tu do czynienia z prostym wynikaniem: "Jest tak-i-tak, a więc powinniśmy czynić tak-i-tak"? Wątpię. Pozdrawiam, ŁL

Dodaj komentarz

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz